dwa tysiące siedemnaście

fot. Edyta Steć / AHDphoto

Zbuduję Ci dom,
będziesz miała schron,
taki szałas na hałas.

- Stary, to jest prawdziwy dom – powiedział przyjaciel M., który odwiedził nas, żeby obejrzeć nasze nowe mieszkanie. I to głupie zdanie mogłoby posłużyć za całe podsumowanie tego roku.

Udało nam się stworzyć prawdziwy dom, do którego mieszkanie jest tylko dodatkiem. Nie sposób słowami opisać przymierza jakie może wystąpić między dwójką ludzi. Jesteśmy dla siebie domem, rodziną, wspólnym frontem we wszystkich wojnach, nieocenionym wsparciem, ale też całodobowym źródłem rozrywki, generatorem nowych słów i znaczeń, głosem rozsądku i źródłem wszelakich głupot. Oczywiście, czasem mamy siebie też serdecznie dość, ale nie ma ani jednej rzeczy, o której nie moglibyśmy ze sobą porozmawiać i to właśnie sprawia, że z każdym kolejnym wspólnie przeżytym dniem, jesteśmy coraz silniejsi.

Przeprowadziliśmy się na swoje i przeżyliśmy tę jazdę bez trzymanki zwaną wykańczaniem mieszkania. Udało nam się nie pozabijać wybierając meble i kolory. M. własnymi siłami przerobił na stolik wojskową skrzynię, ja zrobiłam stolik z drewnianej szpuli i zasiałam na balkonie zioła. Wszystko co tu mamy jest nasze, domowe, przepełnione uczuciem.

Ten rok był też rokiem pożegnań. Boleśnie przypomnieliśmy sobie, że ani my, ani nasi bliscy nie jesteśmy nieśmiertelni.

W wakacje spełniliśmy jedno ze swoich marzeń i udaliśmy się w szaloną, spontaniczną podróż po południowych Włoszech. Dzika Italia zaskoczyła nas i zachwyciła. Wypożyczonym Fiatem 500 przejechaliśmy ponad 1700 km, zdarzyło nam się nie mieć dachu nad głową, przestraszyć się sycylijskich bandziorów, upić domowym winem, świętować Ferragosto oraz La notte Bianca, zjeść nieprzyzwoite ilości pizzy i makaronu, kąpać z widokiem na czynny wulkan, znaleźć przyjaciela w małej włoskiej miejscowości i spać na zamkniętym lotnisku.

Dużo w tym podsumowaniu liczby mnogiej, bo duża część mojego życia stała się naszym życiem. Wciąż mam jednak sporo tylko swoich spraw, przyjemności i zmartwostek. Książki, które przeczytałam, smak porannej kawy, kiedy miasto budzi się do życia (a M. śpi w najlepsze), pracę, która daje mi mnóstwo satysfakcji, ale też stawia przede mną dużo wyzwań, zapisane wiersze i zdania, zmiany w głowie, dużo, dużo zmian w głowie.

Wciąż zaprowadzam w swoim życiu porządek, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Wciąż za często daję się ponieść złym emocjom, za dużo się stresuję, za bardzo kontroluję otaczający mnie świat, za często zapominam o tym, że świat nie jest czarno-biały. Wciąż głupio walę głową w niektóre mury, które nie chcą puścić. Wciąż mam na dysku 320 tys. znaków, których nie udało mi się wydać na satysfakcjonujących mnie warunkach. Wciąż dużo w siebie wątpię.


Czas przejść do postanowień. Chciałabym z dużą wrażliwością, wyrozumiałością i uwagą budować swoją nową rodzinę. Dbać o siebie psychicznie i fizycznie. Więcej czytać i więcej pisać. Częściej się zachwycać. Dbać o drobiazgi, pielęgnować relacje i cieszyć się z głupot. Nie dać się ślubnej gorączce. Nie zapominać o tym, że „szczęście polega na tym, by prostych rzeczy nie tworzyć intelektualnych labiryntów”, a 26 maja przysiąc miłość, wierność i uczciwość małżeńską wspaniałemu mężczyźnie. Wierzę, że tak właśnie będzie. 

0 komentarze :

Prześlij komentarz

 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Archiwum bloga