w marcu nadzieja.



nadzieja.

W międzyczasie zdążyła wejść do mieszkania. Śmierdziało w nim wilgocią jak zawsze, kiedy zamykało się na kilka godzin okna. Zdjęła eleganckie czółenka, zsunęła z siebie przyciasną spódnicę i rozpięła żakiet. Nie będzie już dziś szła do syna, była rano, a mały nawet nie potrafił okazać wdzięczności. Że też takie kaprawe dziecko jej się trafiło… jej- odnoszącej sukcesy pani prawnik, taka kula u nogi ciągnąca na sam dół. Wielokrotnie nie miała już do niego cierpliwości. Kiedy była w ciąży czytała te wszystkie gazety, które znosił jej Antoni- „Mamo to ja!”, „Supermama”, „Dziecko”. Było w nich pełno różowych, puchatych i roześmianych dzieci ubranych w modne ciuchy. Tak sobie właśnie wyobrażała Bolesława- miał być jednym z tych dzieci z okładki, a może i ona by się na taką okładkę załapała. „Nadzieja Sokołowska- najlepsza prawniczka w Warszawie tylko nam pokazuje swojego syna” tak brzmiałaby reklama. Pampers przysyłałby jej prawdziwe pampersy całkowicie za darmo, nie musiałaby ubierać Bolesława w pieluchy „Dada” które zawsze odparzały mu tyłek. Jadłby codziennie inne bebiko i gerbery, może by wtedy taki chorowity nie był… No ale jak to mówią, jeśli chcesz rozśmieszyć Boga powiedz mu o swoich planach. Syn urodził się mały, zielonkawy i słaby. Trzeba było dbać o niego jak o porcelanową figurkę, bo gotów był się potłuc przy każdym drobniejszym urazie. Mało mówił, mało się uśmiechał, nie chciał bawić się tymi wszystkimi super zabawkami na baterie, które desperacko kupowała mu Nadzieja. Wstyd było się przyznać, no i żal serce ściskał za każdym razem, kiedy to sobie uświadamiała, ale syn jej się po prostu nie udał… Może to geny ojca, bo Antoni był jak pralka która psuje się miesiąc po ustaniu gwarancji, tak samo on zaraz po ślubie gwałtownie obniżył swoją atrakcyjność. Zapuścił wąs, schudł (a chuchro z niego było od samego początku), zmizerniał, przestał nosić garnitury i kupować jej róże. Na wszystkie pretensje odpowiadał: „Zejdź na ziemię, kobieto! To jest życie, a nie serial! Pieluchy się kończą, ziemniaki się kończą, a Ty płaczesz że cię nie kocham! Palnij się w ten pusty łeb…”.

Zrezygnowana Nadzieja zdjęła biustonosz i rzuciła go na łóżko. W półmroku pokoju spojrzała na swoje piersi- jedna była minimalnie większa od drugiej, obie smutno wisiały za nic nie przypominając okładkowych biustów. Wzięła je delikatnie w ręce i przycisnęła do siebie tworząc rowek między jedną a drugą. Ach, ile by dała za taki rowek… Jej wizja życiowego sukcesu i ogólnopolskiej kariery zakładała operację biustu, ale dziś nie stać by jej było nawet na jeden sztuczny cycek, a co dopiero dwa. Rozluźniła dłonie, a piersi jak dwa zetknięte dodatnią stroną magnesy, odskoczyły pospiesznie od siebie.

antoni.

Antoni Pszczółka był bardzo lubianym i szanowanym kioskarzem. Kiedy akurat nie miał kaca, charakteryzował się niezwykłą uprzejmością i z gracją kokietował wszystkie mieszkające w okolicy staruszki. „Ach, panie Antoni…” zaczynały się codzienne litanie narzekań na bóle w okolicach krzyża, niewdzięczne dzieci, kolejki do lekarzy, drożejące chleby, fale gorąca, przyklejone do komputerów wnuki, które dziadków odwiedzają chętnie tylko na początku miesiąca… Oj nasłuchał się nasz Bobek tych opowieści tyle, że książkę mógłby z nich napisać i jeszcze by zostało! A na każde narzekanie, każdy żal, każdą szpileczkę bólu w sercu opowiadającej miał on specjalne, pełne współczucia westchnienie. „No tak pani Janinko…”, „Tak to już bywa w życiu, pani Elu”, „Raz na wozie, raz pod wozem pani Stasiu”, „Tylko dobry Bóg nam może pomóc, pani Sabino…” i ani razu nie pomylił imienia! Dobrze pamiętał kto jakie leki bierze, na co choruje i iloma wnukami obdarowało go życie. Nie było sposobu, żeby go nie lubić! Stanowił odpowiednik księdza, któremu jednak można było powiedzieć znacznie więcej, niż podczas spowiedzi.

(…)

Antoni miał też jednak swoje grzeszki, w które starsze panie z pewnością by nie uwierzyły. Kiedy nadchodziły nudne, długie i deszczowe dni, gdy godzinami nikt nie zaglądał do kiosku, kioskarz lubił ściągnąć sobie z najwyższej półki gazetę tylko dla dorosłych i z wypiekami na twarzy przeglądać bezwstydnie powypinane kobiety i hojnie obdarzonych przez naturę mężczyzn. Nerwowo rozglądał się wokół, czy nikt nie przyłapie go na czytaniu tych zbereźnych opowiadań, które rozpalały jego wyobraźnię do czerwoności. Czytając je czuł jakby w jego głowie znajdowała się huta, rozżarzone myśli parowały, topniały wszelkie granice i zasady. Kto wymyśla takie rzeczy?!- zastanawiał się Antoni prawie eksplodując od lawy wypełniającej jego drobne ciało. I żeby tak człowiek innemu człowiekowi… takie rzeczy? – choć nie mógł tego pojąć to fascynowały go wyczyny o których czytał.

Studiował też z dokładnością hojną fizjonomię postaci na fotografiach i zrezygnowany wzdychał ciężko na myśl o swojej wiecznie obrażonej, niby wypielęgnowanej żonie, w której jednak brakowało tej zapalającej Antoniego iskry. Były wprawdzie dni, kiedy dawała się dotknąć i spełniała małżeński obowiązek, jęcząc dużo za wcześnie i zbyt teatralnie, jakby dbała głównie nie o jakość ich pożycia, a słuchowiska dla sąsiadów.

(…)

Kolejnym cieniem na śnieżnobiałej reputacji Pszczółki kładł się fakt, że zdarzało mu się sprzedawać nieletnim papierosy. Szczególnie groźnie wyglądającym chłopcom z podwórka albo niewinnym dziewczętom proszącym o paczkę „dla babci, której ciężko wyjść przed blok, bo tak ją choroba zmogła”. Nie był głupi, widział że zaraz po odejściu od okienka otwierają paczkę i zachłannie wciągają w siebie dym, chowając się za przystankiem. Nie umiał jednak odmawiać i to był problem z którym zmagał się całe życie. Możliwe, że była to też przyczyna jego ślubu z Nadzieją, ale nie odważył się dopuścić do siebie tej smutnej prawdy, nawet wtedy kiedy sąd dopytywał się natrętnie kiedy nastąpił rozpad pożycia. Nie odmówił jej towarzystwa, kiedy w trakcie ulewy zapukała do jego kiosku, nie odmówił papierosa, którym w zamian go poczęstowała, nie odmówił gdy podciągnęła spódnicę i kiedy ciężarna zapytała czy zamierza wreszcie za nią wyjść. Nie widział też powodu, żeby odmówić jej rozwodu, chociaż zrobiło mu się żal spędzonych wspólnie, nienajszczęśliwszych, ale też nienajgorszych dwóch lat małżeństwa.

0 komentarze :

Prześlij komentarz

 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Archiwum bloga