dwa tysiące szesnaście.




"Fajnie jest być naiwniarą. Albo frajerką. Taką, co za mocno wierzy w coś, co sobie kiedyś wymyśliła. I co trzyma, i nie puści, i nie odda. I co ma priorytet, którego nie podkopie nawet (albo: zwłaszcza) zdrowy rozsądek i logiczna argumentacja. Fajnie jest popełniać błędy w afekcie. Nawet te same. Źle oszacowywać szanse. Porywać się na coś, na co się porywać nie powinno. Być słabo zorganizowanym z nadzieją, że jakoś się to wszystko musi udać. Bo przecież jakoś zawsze wszystko się udaje. Fajnie jest być takim utopijnym kamikaze przeładowanym ideałami. Nie obliczać, nie kalkulować. Nie rezygnować z trudnych szans i nie bać się radykalnych zmian. Działać intuicyjnie i impulsywnie. Nie myśleć w ogóle o skutkach decyzji, tylko robić. Nie przewidywać konsekwencji, tylko robić. Robić. Robić, skoro się bardzo chce i nie umie inaczej.

Fajnie jest mieć takie marzenia, co się bez przerwy na nowo ujawniają i manifestują- zwłaszcza w sytuacjach podbramkowych, które tym marzeniom zwykle podstawiają nogę. I fajnie, jeśli one jednak nie upadną, a jak je zaczniesz temperować, to powrócą ze zdwojoną siłą. Bo są dość uparte. Ale do około stu czterdziestu razy sztuka. Bo powracać będą tak przez jakiś czas. I nagle przestaną."

Anka Herbut, Coraz bardziej robaczywy, Chimera, nr 12/01


Rok temu życzyłam sobie by być takim utopijnym kamikadze, ale z głową na karku. Trochę sprzeczne, wiem, a jednak się udało. To był moment. Jednego dnia zawzięcie negocjuję warunki nowej umowy, a drugiego dnia podejmuję decyzję, że jej nie podpiszę, że odchodzę pisać własną książkę. To był mój sto czterdziesty raz, teraz albo nigdy, zawalczyć o to marzenie albo je zakopać.

Nie żałuję ani minuty spędzonej na stukaniu w klawiaturę. Dzień w dzień, przez trzy miesiące, siadałam do komputera i układałam kolejne puzzle tej historii, historii o karmie i nadziei, o Nadziei i Karmie. Nie zdecydowałabym się na to, gdyby nie moi bliscy. Dziękuję. Nie jest to historia w stylu american dream, wciąż nie mam wydawcy, a sprawy związane z powieścią niemiłosiernie się ciągną. Pod koniec pisania brakowało mi kasy, szukanie nowej pracy generowało śmieszne, ale też frustrujące sytuacje.

To był przełomowy rok, wszystko zmieniło się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ktoś mądry napisał mi kiedyś: „Im większy dół wywierci w Twym sercu smutek i rozpacz, tym więcej radości i szczęścia będzie mogło się w nim pomieścić później”. Sprawdziło się. Warto było poczekać. Jestem teraz w moim życiu w miejscu, w którym tak bardzo chciałam się znaleźć, a powoli traciłam nadzieję, że kiedykolwiek to nastąpi. Czasem wystarczy chwila, jedna szalona decyzja, odrobina odwagi, ciut szaleństwa, żeby wszystko nagle zmieniło swój bieg. Wystarczy dać temu szansę- czekać, ale nie desperacko, chcieć, ale nie być roszczeniowym, wierzyć, ale nie być biernym.

To był mój rok odwagi. Rok, w którym jedna, mała wrona wreszcie rozpostarła swoje skrzydełka i pozwoliła sobie na to, żeby zawalczyć o siebie. Pamiętam, jak dwa lata temu cieszyłam się z tego, że nic się w moim życiu nie dzieje, że „żadnych, zupełnie żadnych nowych mięśni / żadnych nowych linii papilarnych, żadnych nowych siwych / włosów / żadnych nowych zmarszczek / herbata albo kawa / caro albo extra mocne / taka alternatywa”. To był czas, w którym ładowałam akumulatory, przeczekiwałam życiową zimę, żeby nabrać sił na wiosnę. Skupiłam się tylko na sobie. Ten rok będzie inny, upłynie pod znakiem przygotowań do ślubu i urządzaniu mieszkania. Same wyzwania, same radości.

Tradycja odwiedzania nowych miast została zachowana. W tym roku padło na Budapeszt. Miasto niezwykle klimatyczne i pełne niespodzianek. Imprezy na zamkniętym moście w środku miasta, małe bary z tanim, domowym tokajem, wielokilometrowe spacery urokliwymi uliczkami, język, który za każdym razem wprawiał w zdumienie.

Jak co roku, najbardziej dziękuję za ludzi, którzy mnie otaczają, wierzą we mnie i dają mi mnóstwo siły. To dzięki M. i moim rodzicom podjęłam tę najważniejszą decyzję o napisaniu książki. Uwierzyli we mnie bardziej niż ja w siebie wierzyłam. Pod koniec grudnia przeżyłam najpiękniejsze urodziny w moim życiu, przez moment odjęło mi mowę. Za każdym razem zaskakuje mnie to, że mam wokół siebie tyle wspaniałych, życzliwych mi osób. Dziękuję.


Nie mam wielu postanowień. Chcę zrobić wszystko, żeby wydać moją książkę, chcę być szczęśliwa i traktować się z uwagą i szacunkiem. Dobrze ustalać priorytety, cieszyć się z drobiazgów, mniej denerwować, jeździć nad morze, czytać więcej książek i doceniać to co mam. To będzie piękny rok. 

0 komentarze :

Prześlij komentarz

 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Archiwum bloga