Milcząc z samym sobą.


   
   
Pięć godzin spędzone samotnie na plaży. Na początku jest trudno. Kiedy napotykasz barierę tego, że nie masz do kogo mówić, zaczynasz mówić do siebie. Obronnie, chaotycznie, nieskładnie, byle tylko podtrzymać przymus konwersacji. W głowie kotłują się myśli, bo o czym można rozmawiać z kimś, kto wie o tobie więcej niż byś chciał, co mu opowiedzieć, czym go zaskoczyć, jak luźnej, niezobowiązującej gadce nie pozwolić przeistoczyć się w autoterapię. Najtrudniej jest nauczyć się ze sobą milczeć. Potem jest już tylko przyjemniej.  
   
Jestem jedyną osobą na plaży ubraną w koszulkę, a i tak ziarnka piasku włażą we mnie każdym porem skóry, wciskają się pod nią i rozdrapują wszystkie odkładane tam na później myśli i emocje. Patrzę na chłopca, Karola z blond lokami opadającymi na czoło. Patrzę jak tata uczy go rzucać frisbee (jest na to jakaś sensowna polska nazwa?) i myślę o tym, że mogą to być najszczęśliwsze chwile jego życia. Może za dwadzieścia lat będzie ze łzami w oczach przypominać sobie ten kadr, a może wyrośnie na człowieka tak szczęśliwego, że pozwoli sobie na luksus zapomnienia... Potem czytam, czytam, czytam. Kompulsywnie pochłaniam kolejne teksty. Wracam tak naładowana słowami i literaturą, że czuję jakbym dostała od życia coś szczególnego, jakiś dar, że bije ode mnie światło i oddziela od turystów czekających w kolejce po gofra. W napisie na toi-toiu ("Matko Boska, poczęłaś bez grzechu, pozwól grzeszyć bez poczęcia") widzę początek wiersza. Niosę to uczucie w sobie jakbym zamiast wnętrzności miała szklaną kulkę, jakby każdy wycinek rzeczywistości mógł ją we mnie stłuc. Mam coś więcej, ale mam też świadomość, że to minie, że to chwilowe przedawkowanie ciszy i literatury, że mięśnie mojego karku zaraz znów się napną.
   
Mijam dancing, najprawdziwszy dancing. Ludzie, którzy ledwo chodzą, próbują tańczyć. Tańczą ich fałdy, zmarszki, alzheimery, zwyrodnienia stawów, prostaty, bolące krzyże, nowotwory, wszystko podryguje w rytm "Jesteś szalona". Kolejne dziesiątki emerytów przyglądają się temu z ławeczek sącząc rozwodnione piwo. To obraz tak surrealistyczny, że aż przystaję z głupim uśmiechem i jak zahipnotyzowana wpatruję się w to widowisko. Może powinnam mieć dziś na plaży jakieś nakrycie głowy.
   
Potem w tramwaju piszę te słowa na komórce, choć nie znoszę tego robić. Boję się, że inaczej uciekłyby z mojej głowy, że już za chwilę spadnie na mnie ten ciężar i przywiąże mnie do łóżka. Wiem, że choć chaotyczne, to jest to dobre. Wracając zajeżdżam na obiad do ulubionego wegetariańskiego baru, bo w tak piękny dzień nie mogłabym zjeść niczego co żyło. Jutro nie będzie mi to przeszkadzać. 


0 komentarze :

Prześlij komentarz

 
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Archiwum bloga